200

HYPER+O nasPartnerzyReklamaKontaktPrasaZarejestruj sięLogowanie
HYPER+
CENOWA REWOLUCJA

INFORMACJE PRASOWE

NIUSY

28 czerwca 2011 r.

Recenzja The Tiny Bang Story

pc | recenzja

Wielu nastraja się incognito względem niezależnych produkcji. Większość zaś o nich zapomina. Ale czy nie jest warto choć raz ukryć tą jałowość ducha i sięgnąć po twór zbliżony skomplikowaniem do budowy cepa?

Recenzja The Tiny Bang Story

Bez cienia wątpliwości zakomunikuję, iż majowo-czerwcowe tytuły, które zjadły waszą kabzę, były w większości bardziej wartościowe niż banknot z Władysławem II Jagiełło na awersie. Wyrażę też przekonanie o niesprawiedliwym, szybszym „zejściu” z półek gier blockbusterowych, nawet jeśli nie spełniały oczekiwań, niźli tych mniejszych i skalą marketingową, i skalą uznania marki, i skalą samej zawartości. No bo nie ulega wątpliwości, że wasze platformy zjadły ostatnimi dniami masę DiRTów, masę Red Factionów, trochę Alm, trochę Alicji, miliony Duke'ów. Pytanie tylko, czy owe propozycje spełniły przez was pokładane w nich nadzieje i czy z ręką na sercu jesteście w stanie powiedzieć, iż wydana mamona zasiliła konto właściwego producenta. Ja, powiem Wam, kładąc na ladę 40zł. z groszami oraz pudełko od Colibri Games z grą „The Tiny Bang Story”, lękałem się stosowności mojego wyboru. Najpewniej - o wiele, wiele bardziej niż Wy. Teraz jednak, po odbyciu pięciogodzinnego odpoczynku przy spokojnej i niegwałtownej rozgrywce, zrelaksowany zapewnię Was, że na dobrą sprawę nie było powodów do obaw.



Świat w totalnej rozsypce!


ENIGMATYCZNIE


A w tym gaju tak ponuro, że aż... Nie, nie - to nie jest kontynuacja mrocznego „Machinarium” autorstwa Amanita Design, mimo że doń recenzowana gra porównywana jest na każdym kroku. Mamy do czynienia bowiem z dwuwymiarowym mechanizmem point&click, łamane przez hidden object, z domieszką ożywiających szare komórki łamigłówek oraz ukrytej w najciemniejszym tle przygody. Różnica między „The Tiny Bang Story” a czeskim produktem o robotach tkwi chociażby w zarysowanym świecie. W przypadku omawianego cacka, kraina promienieje kolorami i napawa nasze oczy pełną gamą tęczowych barw, kiedy to wprost kontrastujące odcienie metalicznego szarego i brudno-złocistego z „Machinarium” potrafią zdołować i wprowadzić w nieustającą nostalgię. Nawet w kreślonej teraz słowami produkcji nie ma czegoś takiego, jak bohater główny. Są tylko inne postacie, napotykane co i raz podczas podróży, ale nie wchodzą one w dyskusję z...



Wąsaty krasnal z fajką pokoju w podziemnym, domowym metrażu!


GRUNTOWNIE


... no właśnie z kim? Z kursorem? Kursor przecież się do nich nie odezwie. Bo o ile kwestie porównawcze odnośnie mającego roczek, rewolucyjnego kawałka kodu od sąsiadów zza Gór Stołowych można potraktować po macoszemu, o tyle już charakterystykę rozgrywki warto byłoby detalicznie przeanalizować. Podczas kojącego młócenia w „The Tiny Bang Story” gracz staje się w okamgnieniu władcą kursora i permanentnie klika na wszystko, co zdaje się wyglądać podejrzanie i co zdaje się być czymś potrzebnym. Aby ukończyć pojedynczy rozdział, zmuszeni jesteśmy zbierać najróżniejsze klamoty, które pomogą nam w dostaniu się do innych najróżniejszych klamotów, które pomogą nam w dostaniu się do... układanki. Bądź też jakieś mini-gry. Akumulujemy jabłka, by schować je w sklepie, z którego pochodzą, torebki, by potem ułożyć je równo pod względem ciężaru na dwóch osobnych szalach wagi, kurki do gazowego pieca, paczki pocztowe, spławiki czy wskazówki zegara. Jednym z najmilej przeze mnie wspominanych momentów jest owocne sfinalizowanie próby zbudowania od prawie samych podstaw ciuchci wąskotorowej. Zadania logiczne obejmują również matematyczne szarady, klockowe układanki o specjalnie wyznaczonym systemie ruchów oraz tajemnicze obrazy, jakie pokawałkowane musimy od nowa skleić w spójną całość. Mankamentem jest fakt, iż - z rzadka, bo z rzadka, ale jednak - elementy prezentujące się identycznie względem tych odgórnie przypisanych do listy zbierackiej zwyczajnie nimi nie są. Nieraz też w wędrowniczym wirze i w rozkosznie prowadzonych falistym ruchem myszki poszukiwaniach potrzebnych itemów zatracamy klarowność tego, czym, po czym i gdzie mamy się w danej chwili zająć. Ale czepialskie zwracanie uwagi na takie szczegóły byłoby niedorzecznością, tym bardziej, że w grze kreatorzy poupychali mechanizmy czysto gameplay'owe. Żeby ujędrnić tą informację, polecę Wam rzucić okiem na poniższe zdjęcie. Na takowych monitorach Colibri Games częstuje nas bitowymi popierdółkami, które niezmiernie radują, ale i żenującą prostotą po niespełna minucie pogrążają w objęciach Morfeusza.



Parostatkiem w piękny rejs!


ZALĄŻKOWO


„Ale jaka jest pobudka kontentowania się w tejże, bądź co bądź błogiej do granic możliwości, krainie?”, spytalibyście. Przecież żaden pragmatyk nie wybrałby się na spacer po planecie, której przed sekundą oberwało się po potężnym wybuchu w kosmosie. A! Właśnie! O fabule jeszcze nic nie traktowałem. Więc, Moi Drodzy, opowieści w „The Tiny Bang Story” jest tyle, co ziaren maku w babcinym jabłeczniku. Czyli tyle, ile przypadkowo i ukradkiem mogło się znaleźć w niepowołanym miejscu na blacie kuchennym tuż przed pieczeniem. Cała gra jakoś przez tą fabułę jest napędzana, ale jedna gałązka, po której kroczymy od samego początku do mety, ciągnie się i ciągnie w stuprocentowo przewidywalnym kierunku. Mogła mieć, ta gałąź, choć kapkę liści na urozmaicenie, bo z czasem robi się stosunkowo sucho. Jak z połączonej z menu głównym animacji filmowej wynika, zieloniutka planeta Tiny spokojnie oddychając codziennym życiem, nagle stała się świadkiem obfitego wybuchu jej Księżyca. Ciało krążące wokół niej, de facto w kształcie i kolorystyce szmacianej futbolówki, nagle zderzyło się z rozżarzoną asteroidą i wybuchło. Siła rażenia była na tyle dużych rozmiarów, że świat gry... wprawdzie nie rozpadł się na strzępy, ale zgubił wszystkie tworzące go puzzle, przy okazji zachachmęcając oświetlenie dla co najmniej 1/4 globu. Tak dobrze się jednak składa, że my również staliśmy przed tym okropnym widokiem niczym najbierniejszy widz i humanitarnym myśleniem prędziutko zakasaliśmy rękawy. Po kilku sekundach pobytu na jedynym ocalałym z wielkiej kolizji skrawku ziemi zdobywamy się na odwagę i pomagając tubylcom w ich rytuałowej egzystencji, kolekcjonujemy jednocześnie kolejne puzzle, wynikiem czego po każdym zaliczonym rozdziale jesteśmy w stanie odbudować kawałek nadszarpniętego lądu. I tak w koło Macieju przez czas około 5 godzin.



Zwrotnice kolejowe wieczną zagadką dalszego toru jazdy!


APROBUJĄCO


Akceptuję, przyznam, po całej linii artyzm, nieład twórczy, dobór idei projektanckich z wykorzystaniem palety barw oraz ogólnie i szeroko rozumianą oprawę audiowizualną. Uniwersum bowiem zniewala swoją nader słodką krasą. Każdy poziom rozczulająco świetnie się jawi. Wszędobylska gra kolorów markuje jak się tylko da pojedyncze fragmenty Tiny; czasami aż dziw bierze, jak po odkryciu jednego puzzla, uświadamiamy sobie, iż zerkaliśmy w tę stronę już kilkukrotnie. Lokacje to czysty fenomen. Ich budowa jest ekstrawagancka i pomysłowa. Co rusz walają się na płaszczyznach shishe czy kaktusy, na jednym obrazku widnieć będzie wbita w murawę żarówka, by na innym dała o sobie znać okazała fontanna z ukrytymi w wodzie przedmiotami. Nie konfabuluję również, pisząc, że środowisko dokumentnie daje radę, jeśli chodzi o każdy drobny szczegół jego architektury. Poczta lotnicza, winda w drzewie, przystań kolejowa i morska z bombowym gmachem w kształcie słonia - cud, miód i orzeszki. I to wszystko dodatkowo oblane wazową łyżką zmyślnych melodii. Atrakcyjne, bukoliczne kawałki rosyjskiego studia Strategic Music odprężają bez wyjątku. Kto słyszał kiedyś nieagresywne, arkadyjskie brzmienie soundtracków z gry „Braid”, i komu podobało się ono, ten z pewnością pogrąży się na amen również przy wysłuchaniu kompozycji muzycznych TTBS.



Mechanizm do rozgryzienia!


TAKSUJĄCO


Słowem podsumowania: „The Tiny Bang Story” jest grą bardzo dobrą. Byłoby ciut lepiej, gdyby ten relaksacyjny seans trwał przynajmniej 7/8 godzin i gdyby łamigłówki łamały głowę z trochę większą premedytacją. Wszak to produkt dedykowany maluchom, ale uważam, że nawet w tym wypadku sprawdziłby się aforyzm: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Za masę klawych zagwozdek, odrealnioną grafikę i idylliczny nastrój, wywołany chyba przez tą przesympatyczną muzykę, gotów jestem postawić tytułowi bardzo mocne 7 gniazd z ptasimi jajami / 10.
W produkcji widziałem je circa about milion razy, a dotychczas nie mam zielonego pojęcia, po co one wszędzie...



# podobne pozycje: Machinarium
# platformy: PC

Dominik 'glowa711' Głowacki

OSTATNIO DODANE NEWSY

From Dust w przeglądarce
23 maja 2012 r.
Popyt na 3DS-a
Kieszonsolka Nintendo wygrywa bój z Vitą.
23 maja 2012 r.
Dante zalicza poślizg
DmC Devil May Cry dopiero w przyszłym roku.
22 maja 2012 r.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

From Dust w przeglądarce
23 maja 2012 r.
Popyt na 3DS-a
Kieszonsolka Nintendo wygrywa bój z Vitą.
23 maja 2012 r.
Dante zalicza poślizg
DmC Devil May Cry dopiero w przyszłym roku.
22 maja 2012 r.
Hawken na Gaikaiu
Zasiądź za sterami mechów w chmurze!
21 maja 2012 r.
Aplikacja Diablo 3
Dzięki niej dowiesz się o dostępności serwerów gry.
21 maja 2012 r.
www.cyfraplus.pl  |  www.canalplus.pl  |  www.alekinoplus.pl  |  www.planeteplus.pl  | 
www.kuchniaplus.pl  |  www.domoplus.pl | www.teletoonplus.pl | www.miniminiplus.pl  |  www.canalpluscyfrowy.pl