7 marca 2011 r.
x360 | wyścigi | ps3 | pc | cenega | recenzja
Majstersztyk czy jego antonim?

Żadna gra, z jaką się spotkałem nie dała mi tak skrajnie różnych odczuć. Żadna gra nie kłóciła się tak ze sobą, jak Test Drive Unlimited 2. I wreszcie, żadna gra nie sprawiła mi takich trudności w ocenieniu jej.
RYSOPIS
[ Włączam: „Funk 4 Peace” w wykonaniu Fort Knox Five. ]
Nie wszystko piękne, co się świeci i z początku już sprostuję, że w porównaniu do świeżej „jedynki” kontynuator serii, choć wyczekiwany od miesięcy, to skarlały żart. O ile pierwsze wystąpienie „Unlimited”, mimo odrobiny ohydy, dawało mi powody do radości i optymistycznie nastrajało na kolejną część, o tyle drugie wystąpienie zanudziło mnie, zawiodło swoją ogólną prezencją i nie wykonało żadnych rewolucyjnych ani ewolucyjnych kroków przez te 4 lata. Czuję się zwyczajnie nabzdyczony, Eden Studios i skonfrontuję jeszcze dla smaku TDU2 z V-Rally 3, w którego grało mi się równie „przyjemnie”, a wyszedł kopę czasu wstecz. Może producent powinien porzucić gry wyścigowe na rzecz innego gatunku, kiedy w swym głównym fachu nie idzie mu najlepiej - tak aluzyjnie dodam. Kończąc jednak natrząsanie, powiem, że nieprzeliczone godziny, jakie można przejeździć w tym najambitniejszym MMO wyścigowym w historii, świadczą o potencjale pomysłowym twórców, którego nie można nie obdarować pochwałą. Pomysł ten również ma za dużo skaz, ustawicznie psujących hasanie czterema kółkami, by mówić o nim w samych superlatywach... Co to, to nie!

To nie jest holenderskie przymorze. To są Baleary!
IBIZA, O'AHU I BOHATER-MILIARDER
[ Włączam: „Bang bang bang” w wykonaniu Soho Dolls. ]
Na cebulkę ubierać się nie trzeba, bowiem ponownie Eden Studios wrzuci nas na gorący teren. Oprócz O'ahu (ląd podwójnej ciągłej), do którego wrócimy w tym odcinku Test Drive'a, to hiszpańska Ibiza będzie naszym miejscem wyścigu o kasę i sławę. Znajdziemy tu nikomu niepotrzebne myjnie, gdzie seksowne panienki leją wodą na nawet niezadaszone mobile. Jest także klinika kosmetyczna, w której możemy zmienić diametralnie swoje fizys oraz kluby, czyli miejsca spotkań multiplayerowców. Są zarówno sklepy z ciuchami, jak i biura nieruchomości, dające okazję do ulokowania swoich czterokołowców w coraz to droższych, zbytkownych posiadłościach, jakie również zmieniamy w miarę możliwości. Od groma jest też salonów samochodowych (brak jednośladów smuci), podzielonych na kategorie. (sportowe, klasyczne, terenowe) Najbardziej lubuję sklep Volkswagena, Audi, skąd wytrzaskałem swoją TT-kę RS Roadster, gnającą 250 km/h, Ferrari i ten od włoskich bryk oraz szacunkowo ten z gratami historycznymi, które pod maską trzymają sporo dobrego, a mowa chociażby o takim Jaguarze E-Type Coupe. Każde auto jest niczym czołg, niezniszczalne. Ryski, maciupeńkie wgniecenia karoserii to jedyny wybryk, jakiego możecie się spodziewać, niemniej jednak od środka pojazdy wyglądają zabójczo. Czułem się, jakbym fizycznie zajmował stanowisko kierowcy (umiejącego zmieniać biegi, ale nietykającego pedałów) w tych cackach. Prędkościomierze, kierownice - wszystko do mnie przemawiało na swój oryginalny sposób, dlatego też najczęściej jeździłem z kamerą umiejscowioną wewnątrz samochodów. Bajer w moim przypadku na tym nie zgasł: wgniatałem do woli klakson, jeżdżąc przepisowo po ulicach miast, puszczałem kierunkowskazy, otwierałem okna i męczyłem ruchomy dach. Jeśli cena za perpetuum mobile zafurkoczy Wam w postaci nieprzeliczonych zer, zawsze możecie skorzystać z usług komisu, albo pojeździć gablotami wygranymi w wyścigach turniejowych. Skorzystacie też z beznadziejnego marketu z naklejkami oraz mniej beznadziejnych warsztatów, albowiem tuning w późniejszej jeździe to obowiązek nad obowiązkami. Jeśli w podane wcześniej miejsca będziecie często zaglądać, to wasze poziomy wtajemniczenia (rywalizacji, interakcji, eksploracji, zbierania i poziom globalny) będą szybko rosły, a Wy sami zyskacie sławę, pieniądze i respekt. Unaocznię jeszcze, że do gromadki simsowych elementów wrzucić trzeba setki autostopowiczów na drogach, których tylko i wyłącznie dla podbicia prestiżu warto od czasu do czasu gdzieś podwieźć oraz „rzęchy” poukrywane w gąszczach bezdroży, jakie jest sens odnajdywać. Niebotycznych rozmiarów przestrzeń kuleje jednak na jedną bardzo ważną rzecz: powtarzalność. Gdy przemierzamy wyspę od północnego do południowego skrawka nieraz pojawi się konsternacja, czy myśmy już tędy nie jechali. Otóż niedbale programiści poutykali obok siebie podobne, a wręcz identyczne drzewa, identyczne płoty, domy, żywopłoty, dlatego nie zdziwcie się, gdy jadąc w wyścigu off-roadowym z punktu A do B, poczujecie się jak na zmaganiach o 3 okrążeniach.

Mury miejskie Eivissy.
[ Włączam: „Music Go Music” w wykonaniu Warm in the Shadows. i „Ghosts N Stuff” od Deadmau5. ] Tak prędko skończyć pisać o miejscach wyścigów w Test Drive Unlimited 2 to hańba wyższa niż wypicie szklanki whisky jednym duszkiem. Tutaj trzeba delikatnie delektować się smakiem oddanym znakomicie przez twórców. Geografia. Największy plus całej gry. Ludzie z Eden przełożyli w prawie nieskazitelny sposób lokacje do wirtualnego świata, aż tak, że graczowi wydaje się, jakby naprawdę jeździł po kompleksie dla spragnionych turystów. Wyspa w pełni hipisowskiego stylu, z licznymi polderami, portami, przy których cumują pasma jachtów i frachtowców daje kopa. Daje kopa także na skarpach, gdzie widoczek na turkusowe morze tak w nocy, jak i w dzień, tak o zachodzie, jak i o wschodzie słońca, tak w totalnym skwarze, jak i w środku słotnej ulewy zapiera dech w piersiach. Nieopisaną radochę sprawiało mi mijanie drogowych informacji o kilometrach pozostałych do Sant Vincent, San Antoni, miasta o licznych rondach i przepięknych plażach czy Portinatx, gdzie faktycznie znajduje się niewielka latarnia morska. Już w pierwszym „teście” kryło się wiele takich odwzorowań: Pearl Harbor, baza spoczynkowa floty morskiej US Navy oraz największe hrabstwo na Hawajach, czyli Honolulu. O niepoprzestaniu na banałach najwyraziściej świadczy zabytek na nowej wyspie, a mianowicie mury obronne Eivissy (zdjęcie wyżej), w całej okazałości odwzorowane przez designerów i robiące, mówiąc z ręką na sercu, mamucie wrażenie. Siedem bastionów artyleryjskich dumnie położonych na wyżynie nadoceanicznej skłania kierowcę do wrzucenia na luz i dłuższego zerknięcia na monumentalność pomnika kultury. Gdzieniegdzie po prostu robimy to nieświadomie, a za winą stoją katedry, kościółki czy ot tak ciągnące się na dziesiątki kilometrów równiny, pola, lasy i strome zbocza. Ja zamieram nawet czasami na mapach, które oddalam i przybliżam, napawając się chirurgiczną precyzją w odznaczeniu wszystkich tras przejazdowych.

Nie strasz mnie tym buldogiem, Słodziutka! I tak będziesz całować mój zderzak!
TERAZ O DRĘTWOCIE
[ Włączam: „Common Man” w wykonaniu Delinquent Habits. ]
Fabuła... To coś jest fabułą? Zatęskniłem za Most Wanted. Fakt faktem zaczyna się wszystko obiecująco. Najazd kamery na Ibizę, następnie na budynek, gdzie w najlepsze trwa impreza sztubaków rozpieszczonych przez zamożnych rodziców, którzy kupili im najdroższe kółka. Młokosy taplają się w baseniku, tańczą jak podchmieleni w rytm typowo dyskotekowych hitów, rozbrzmiewających z estradówek stojących obok panelu DJa. Nagle jakaś gąska zaprasza wybranego awatara do garażu, by dać mu... pojeździć czerwonym autem Ferrari. My z bananem na twarzy ruszamy w drogę, nie patrząc za siebie i jedynie obserwując szalejący licznik prędkości. Wszystko po chwili okazuje się urojeniem. Szczęście jednak nam sprzyja, odwozimy jako szofer dziewczę w wyznaczone miejsce, a ta proponuje nam wejście w świat wyścigowy, o którym przed sekundą tylko marzyliśmy. Dziewczyna jest bowiem kierowniczką programu telewizyjnego - Solar Crown, w którym weźmiemy udział. A co dalej? Kilkanaście godzin widzimy ciągle powtarzające się marudzenia przegranych, ścigamy się ciągle z tymi samymi, jesteśmy widzami fatalnie zrealizowanych animacji i słuchamy najgorszego w historii gier racingowych voice-actingu. Reni Jusis i Maleńczuk sprawili mi zawód. To nie koniec. Wciskamy pedał gazu w nudnych, bo łatwych nawet na najwyższym poziomie realizmu sterowania (o ile to realizmem nazwać można), wyścigach, zaczynających się zawsze tą samą wejściówką z bzdurnym komentarzem. Bierzemy udział w bezosobowym turnieju medialnym, na starcie nigdy nie ma pięknych dzierlatek rodem z Undergrounda 2, a początek i koniec wyścigu, i radary mierzące prędkość w określonych wyścigach są odpowiednikiem graficznych znaczników. Próbujemy ścigać się z katastrofalnie zbalansowaną pod względem inteligencji policją, która w mig potrafi nas złapać -a rzecz nie leży w naszych nieumiejętnościach- i nie daje się zaprosić do gonitwy tak łatwo, zmuszając nas do łamania prawa drogowego w sposób nader ekwilibrystyczny. Doliczając do tego sytuacje, gdzie znikamy z mapy po muśnięciu drzewa i gdzie od metrowego słupka samochód potrafi się odbić jak kauczuk od ściany na odległość kilku metrów, potwierdzam fakt, iż TDU2 to bardziej jedyny w swoim rodzaju pustelnik, żyjąca w swoim zakątku pseudo-wyścigówka, aniżeli prawdziwy symulator czy prawdziwa, zręcznościowa ścigałka. Daleko temu jednocześnie do Gran Turismo i do, dajmy przykład, Hot Pursuit.

Fotograf z dzielnicy południowej kazał strzelić fotkę. Ładna?
[ Włączam: „Real Boy” od Wrong Kong i „For an Angel” w wykonaniu wyjątkowego Paul van Dyka. ]
Chciałem zmagać się z innymi graczami w sieci w dojrzałych wyścigach (jest ich sporo, sporo rajdów i wyzwań, sporo możliwości dołączenia do teamów i sporo sposobności do wybicia ich na szczyty rankingów), a dostałem po części znienawidzony od dawna asumpt do socjalizacji poprzez arcywykwintne rozmowy, udzielanie się w określonych bazach i chwalenie swym wirtualnym dobytkiem. Cały ten społecznościowy wir kompletnie mnie nie porwał i, jak to nazywali twórcy, Massively Open Online Racing pozostawię dla Zuckerberga, podobnie kluby meetingowe, a sam, w pojedynkę, bez ludzkiego nawigatora (wystarczy mi technologia GPS-u, de facto świetnie się tutaj sprawująca) wyruszę jeszcze raz w podróż po gigantycznej, wyspowej arterii.

Romantycznie w różowym Mustangu.
W RAMCE DŹWIĘKU
[ Przyciszam: „Real Boy” od Wrong Kong i „For an Angel” w wykonaniu wyjątkowego Paul van Dyka. ]
Po geografii oprawa audio to największa zaleta całej produkcji. Jeśli kupujecie krążki muzyczne, musicie usłyszeć też soundtrack z TDU2. Po drodze już wymieniłem moje jedne z najukochańszych kawałków, ale prawda jest taka, że gdybym miał tu wymieniać wszystkie ciekawe dźwięki, zabrakłoby miejsca na serwerze. „Fader”, „Everybody Got Young”, „Right And Right Again” wyciskają ze mnie entuzjazm na wszystek sposobów. Sam Jesper Kyd, którego cenię ponad siły za pracę na rzecz drugiego Assassin's Creed (ach, ta melodia „Venice Rooftops”) może się obawiać o pozycję na mej subiektywnej liście klasyków muzycznych w grach komputerowych. „Insight” wprowadza w niekończący się rytm, a „Under The Streets” elektryzuje od pierwszej nuty do ostatniej. Chmara indie-elektronicznej muzyki z domieszką (synth) popu świetnie komponuje się z szybkością rozgrywki. Nie wykreślono z pamięci czystego, żywego rock 'n' rolla i hip-hopu, ale ja czuję miętę do trance'u, house'u i electro, a te gatunki wiodą tutaj prym. Nic dodać, nic ująć, gdy zestawimy w repertuarze radiowe hity ze świstem palonej gumy i rykiem kilku silników w jednej sekundzie.

Jeszcze gwizdka nie było, a już warczą...
WIELKODUSZNIE ZAKOŃCZYĆ
[ Rozkręcam na cały zycher: „I'm A Freak” od Fukkk Offf. ]
Nagminne błędy, których nie powinno być zostały przeze mnie napiętnowane. Masa bugów i kilka przestronnych usterek uruchomiły moją uszczypliwość, co było czytelne. Konstatacji wymaga słaba, wprawiająca w osłupienie optymalizacja, ponieważ sama grafika na dzisiejsze osiągi nie powoduje opadu szczęki. Słoneczna Korona to event niegodny pozazdroszczenia, w dodatku na miejscu telemaniaka z pewnością przeskoczyłbym na inny kanał telewizyjny, gdybym zobaczył, jaki poziom inwencji drzemie w koordynatorach tejże zabawy. Ale okoliczności zwiedzania tak okazałych lokacji przy niemożliwie świetnym akompaniamencie komercyjnych stacji w radioodbiorniku, przyznam, nie dają mi wyboru, i to właśnie przez te dwie składowe muszę ocenić Test Drive Unlimited 2 na 6 szkół jazdy / 10. Szczerze powiedziawszy, gdyby nie skarbnica muzyczna i przestrzenna to ocena nie dobiłaby do pułapu „szóstki”, albowiem bez tychże rarytasów gra płynie w tej samej rzece, co feralny gniot... Zaczyna się piosenka „Gold Guns Girls”, a ja toczę swoją jeepopodobną kolubrynę przez San Josep de sa Talaia. Podziwiam niecodzienną zabudowę, wciskam gaz do dechy i... kontynuuję moje wirtualne wakacje. Do usłyszenia wkrótce.
# podobne pozycje: Test Drive Unlimited
# platformy: PC, Xbox 360, PlayStation 3
Dominik 'glowa711' Głowacki