11 kwietnia 2011 r.
sandbox | survival-horror | recenzja | pc
Gdy pewnym stało się, że finalny -czyli premierowy- wygląd gry nie będzie dużo różnił się od obecnej formy, od razu skierowałem się ku metalowemu dzbanuszkowi, magazynującemu czerwone ołówki z gumy i wnet nasmarowałem opiniotwórczą, paraboliczną gawędę. Argh, owieczki!

Pan Czarosław przez dziwne siły został przeteleportowany ze swojego ustronnego zacisza do świata niebezpiecznego i niosącego nocą zgon. Otrzepując się z piachu nad Madnezz, największym zbiornikiem wodnym wielkiego Godnezz, zaczął dumać, co począć bez żarła, dachu nad głową i jakichkolwiek narzędzi do pracy, nie mówiąc o umiejętnościach praktycznych. Z początku delektując się widokiem wzgórz oraz pasących się na nich krów i owiec, nie miał najmniejszego pojęcia o tym, że jeśli nie zabezpieczy swego tyłka przed nadchodzącym złem, może skończyć ten daleki od matczynej piersi żywot całkiem prędziutko. Jego endorfiny przestały buzować, kiedy jego oczom ukazał się wielki, obślizgły pajęczak, który rzuciwszy się na samotnika, pędem skłonił go do długodystansowego biegu w cekaemowym tempie. I w dodatku w stylu counterstrike'owego bunny jumpingu. Na nic zdały się próby rejterady - Czarosław obiecał sobie, że przynajmniej raz jeszcze podczas nieeksperymentalnie prowadzonej egzystencji posmakuje mleka matki. Z niskim stanem HP gazelim susem obrócił się w stronę forsującego jego tyły włochacza i gołą dłonią palnął mu klawe pięć liści. Gdy ostatecznie, ledwo zipiąc, położył na łopatki sześcionoga, i gdy ostatecznie biotop rywala nie dawał znaków życia, Czarosław przyjął do wiadomości raz na zawsze, że walka na śmierć i życie nie toczy się w zmazach halucynacyjnych, a w najmniej oczekiwanym, realnym bytowaniu. Kategorycznie przyswojona wiedza pozwoliła bohaterowi naszej gawędy ufajdolić się w błocie, zrobić swój -1-gwiazdkowy kąt, niespełniający wymogów Unii Europejskiej, ale za to odcięty od przestrachu i względnie bezpieczny.

Moja sypialnia połączona z magazynem.
„Willą tego bym nie nazwał!″ - rzekł głupiec i miast cieszyć się, że nadal oddycha, wolał zrzędzić, w jakich warunkach przyszło mu spędzić noc. Bez światła, bez okna na świat, w ciasnej i ohydnej klitce. W sztywnym pionie. Pomyślał, że mimo tego, iż jest niefachowcem w dziedzinie wydobywczo-kopalnianej, postara się spiąć pośladki i wykształtować sobie dzięki zebranym minerałom spokojny punkt mieszkalny oraz zaopatrzeniowy. Bynajmniej dopóty, dopóki ktoś nie znajdzie go w tym buszu i nie wyciągnie pomocnej dłoni. Bojąc się niezmiernie blasku słońca, odkopał błotnistą bramę swego jednodniowego mieszkania i dyskretnie obserwując teren, czmychnął dalej, i dalej, i dalej...

Moja kuchnia i drzwi wejściowe.
Jego niespracowane i nieznające bólu ręce odmawiały posłuszeństwa, gdy z survivalowym zaparciem Beara Gryllsa łupał jedenastą brzozę z kolei. Surowiec drzewny -pamiętając nauki ojca- Czarosław postanowił przerobić na stół pracowniczy, a następnie na oprawny oskard, drzwi wejściowe do przyszłej hacjendy i wymarzone łoże. Zbliżały się jednak nieustępliwie godziny późnowieczorne, więc bohater dźwignął manatki i wdrapał się na punkt widokowy tej, na pierwszy rzut oka nieprzyjemnej, prowincji. Nieopodal dostrzegł jeszcze jedno wzniesienie, w którym zdecydował rozpocząć wykopki i budowanie swego domostwa. Fart tegoż dnia był po jego stronie. W drodze do wyznaczonego miejsca minął kozacką dziuplę w skale. „Toż przecież najszczersza skarbnica rud i pochodnych jest, toż jaskinia warta mego przyspieszonego dechu.″ I na zachód kroków kilka, dopuściwszy się kradzieży wełny owczej, ulokowawszy w rogu wyrko, w przeciwległym rogu mobilne miejsce pracy, osiedlił się z wieczną myślą pozytywu.

Mój sad i rów wodny z górnej perspektywy.
Najwcześniejszym świtem bohater z drewnianym kilofem i z wciąż nieprawidłową pracą serca po upiornej walce otworzył się na zasady obcowania w świecie, w jakim przyszło mu się stawić. Za cel najbliższy i najwyższy obrał przetrwanie. Podjął decyzję o racjonalnym żywieniu i przeplądrowaniu mijanej wczorajszego wieczora jaskini. Z wielkim optymizmem postulował, iż kryje się w niej całe dobro Godnezz. Musiał jednak przed pierwszą wyprawą poznać smak wędrówki, wędkarstwa, zbieractwa, budownictwa, gotowania, kłucia w skale i przede wszystkim craftingu, czyli przerabiania surowców w dobra użytkowe. I tak: dnia trzeciego nasz lebiega podbudował własne ego, produkując 10 mieczy z kamienia, 10 czekanów z kamienia, 64 pochodnie i strój z krowiej skóry.

Moja frontowa ściana przytulnej budowli.

Niemój, zielony, duży, powolny strażnik najważniejszych i najdrogocenniejszych surowców jaskini.
Szósty dzień nienomadycznego pobytu zarwany został na budowę portu i łajb z pobliskiej gromady drzew liściastych. Na koniec, z powodu nadmiernej ilości węgla i drewna, obłożył każdy przysiółek swej rozległej kanciapy wiejskiej palącym się łuczywem, że bywaj zdrów. Nawet z satelity widziano ogień bijący od ogromu monumentu. Siódmego dnia Pan Bóg odpoczywał...

Mój kilof i jaskiniowe Redstone Ore.
Nie, nie... to nie ta bajka. Siódmego dnia obładowany orędziem i przyfajczoną wieprzowiną Pan Czarosław wyruszył po łupy do jaskini. Wreszcie. I na dobrą sprawę w tej milisekundzie utnę Wam gawędę, gdyż nie warto Wam powtarzać do znudzenia, że penetrowałem strasznie skomplikowane korytarze, przedostawałem się przez magmę celem wydobycia choć jednego diamentu, rudy żelaza czy złota. Teraz zastanawiające staje się znalezienie dalszego celu rozgrywki, skoro Minecraft -niebywały konglomerat, którym z pewnością jest- odkrył już przed Nami każdą swoją kartę. Pan Czarosław wydobył bowiem wszystko, co matka natura oddała, wzniósł pod chmury chatę, walczył z i pokonał wszelkie stworzenia.

Moje wszystko.
W końcu godzinne patrzenie na znikanie kolejnych klocków 1x1, nawet w przypadku złota, staje się monotonne. Wtedy zaś cały aspekt gameplay'owy, nie przemierzając, zaczyna chwiać się w posadach. Multiplayer też na dzień dzisiejszy w mych ślepiach nie jest dobrowróżebny. Póki nie zniweluje się cheatingu i póki ludzie nie dadzą grać innym ludziom w spokoju, to zabawie w sieci sensu brak. A jak to się brzydko mówi: „Z g**na rzeźby nie ulepisz!″, więc multiplayer tegoż survivalowego sandboxa nie idzie tym samym traktem, co mój gust. Jeszcze nie dziś. Tak czy siak uważam, że dzieło Marcusa Persso lekko zamąciło w branży growej, gdyż swą ideą spełnia najszczersze i najskrytsze marzenia gamerów... Jakie? Ciut świeżości, innowacyjności, trochę odstępstwa od zaadaptowanego dla mas, głównego koryta developerskiego. Tym bardziej Minecraft, non-stop ewoluujący, zasługuje na 8 kwiatków koloryzujących odzież / 10, ponieważ jest to gra indie, a takim tworom nigdy nie było, nie jest i nie będzie łatwo na rynku zbytu.
Dominik 'glowa711' Głowacki