200

HYPER+O nasPartnerzyReklamaKontaktPrasaZarejestruj sięLogowanie
HYPER+
CENOWA REWOLUCJA

INFORMACJE PRASOWE

NIUSY

20 marca 2011 r.

Recenzja Bulletstorm

bulletstorm | bleszynski | ea | fpp | chmielarz | pc | ps3 | x360 | recenzja

W zespoleniu sił EA, Epic Games i People Can Fly powstał rozbójnik wnoszący nieco nowego do kategorii gier szuterowych. Sprawdźcie, czy zupa chmielowa od Chmielarza to browar najwyższej jakości.

Recenzja Bulletstorm

Na wstępie, tak od razu, odpowiem Wam, że nie: Bulletstorm nie jest produktem na miarę złota, w pewnych momentach gubi smak, samounicestwia się i wykrzacza jednym przez drugie. Nie wiedziałem, że gra na styl „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” może być nie tyle nieatrakcyjna, co męcząca i miejscami ambarasująca. Musimy wciąż, doprawdy bezustannie skakać tak, jak programiści tego chcą... W „Bulleta” bowiem, mimo zapewnień twórców, nie da się grać jak w zwykłego szutera, ponieważ nie otrzymamy stosownych punktów za ukatrupianie. Za tym idzie fakt, że nie kupimy sobie potrzebnego ammo do eksterminacji i będziemy w kółko kopać, zawijać smyczą, kopać, zawijać smyczą i ostatecznie modlić się, by ten długaśny proces wysyłki na łono Abrahama wreszcie dobiegł końca. I być może sądzicie teraz, że jakiś wapniak zrzędzi, że mu nie szło wymyślić bajecznych superstrzałów, ale z góry naprostuję waszą myśl na odpowiedni tor. Podczas dziesięciogodzinnej zabawy na 131 skillshotów udało mi się wykonać aż 108, ale zaledwie kilka razy bardzo mi się to podobało. Były to momenty, gdy wyczyn dochodził do skutku pierwszy raz, a przez całą grę -nie myślcie, że nie- będziecie setki razy powtarzać te same strzały, mimo że broni i ich zastosowań jest sporo. A fabuły, odczuwam wrażenie, mogłoby nie być.



Na haju wszystko można! W kosmosie przecież nie ma milicji!


HISTORYJA vs. GAMEPLAY


Twórcy Painkillera dla niepoznaki odziali ten pełen sadyzmu, barbarii i mordu tytuł w fabułę... tylko, jasna cholerka, po co? Zakończenie gry (swoją drogą przebrzydle patetyczne i na domiar bezsensowności - udekorowane w romantyczny przebłysk) poznajemy już po przejściu prologu. Twisty akcji występują w sztampowej chronologii. Zawsze po -na oko- dwugodzinnym trzaskaniu batem ni z gruchy, ni z pietruchy pojawia się coś odnośnie szkieletu historii. Niestety, zwroty są jak najbardziej „prognozowane” i wśród całej tej chmary figlarnego bicia po ryju nie wyróżniają się całkowicie. Równie dobrze wstawki o bulletstormowej klechdzie można byłoby zastąpić pauzą, gdyż jest ona współmiernie interesująca i zaskakująca, a przynajmniej w oderwaniu od sieki dałoby radę zgasić swoje pragnienie kropelką boskiego napoju. Kiczowaty scenariusz Ricka Remedera chętnie wymieniłbym na jeszcze kilkanaście skillshotów, aby dopełnić humorystyki produkcji, a nie ją jednać z powagą. Ot, zaczynamy grę w skórze hardego alkoholika, Graysona Hunta, który trzymając pokaźne i groźnawe kolano, przesłuchuje ze swym kumplem z załogi pewnego pirata. Szybko dowiadujemy się, że ktoś chce dużo za głowy przedstawicieli zespołu DEAD ECHO, lecz zafrasowani podtrzymywaniem reputacji w kosmosie na jednej nodze opuszczamy pokład towarowy. Rzecz jasna w celu przeszlachtowania kolejnych zastępów wrogich bandziorów. A że trafia się okazja, by nakopać swojemu staremu szefowi, to czemu by jej nie wykorzystać. Hunt na bani rozkazuje swoim kompanom zaatakowanie gargantuicznego statku Generała Victora Sarrano. Cel zgładzenia małą łajbą kosmiczną wielkiego okrętu Konfederacji nie może się powieść, ale po części udaje się wreszcie, po latach poszukiwań i prób, pokiereszować plany tyrana. Tyrana, albowiem niczym barbarzyńca, chcąc dostać się do władzy, Sarrano manipulował swoimi podwładnymi, którzy na jego usługach zabijali niewinnych ludzi, dziennikarzy... Oba statki spadają na Stygię, czyli planetę ongiś rodem z turystycznej broszurki, teraz zaś przypominającą piaskownicę najgorszego tatałajstwa we wszechświecie. Główny bohater jako apostata wyrusza w drogę, by odnaleźć porwane Widmo. By z żądzą zemsty odkupić swoje wszystkie winy, obracając w drobny mak po drakońsku sprawującego rząd Sarrano. Nie wiedzieć, czemu - voice acting i polonizacja, na które tak jęczałem przed premierą, dały radę i przytyki o fj*tach oraz ich odstrzeliwaniu przy dozie obłędnej rozgrywki sprawiały, że incydentalnie zarechotałem. Owszem. Dowcipy, w szczególności z początku zabawy, rozśmieszały, podobnie jak frazesy o od*ycie, lecz potem dało się zauważyć ich brak. „Słyszałem, że wszystko, co dotykasz zmienia się w g*wno.” „Twoja stara przeżyła. Ledwo.” - zaripostował Greyson.



Wyssała z mlekiem matki...


MARIONETKI


Oddział piratów w Bulletstormie to zajefajna, bojowa grupa, której każdy szeregowy ma swój wyrazisty charakter. Ratuje to, nawiasem, niepotrzebną i za bardzo kontrastową względem systemu walki fabułę. Z Graysonem, któremu poświęciłem już słówko, łatwo przychodzi się utożsamić. Jest przesympatyczny, wdzięcznie wpada w kłopoty. Mimo swojej brutalności i skłonności do hulanki wywiera pozytywne wrażenie swoją osobą, na której dokonuje się podczas całej przygody, rzekłbym, przeistoczenie moralne. Nie raz rzuca śmiesznym tekstem, podjudzając albo faceta o dwóch twarzach, albo seksowną i do granic możliwości zdeterminowaną laskę. Ishi Sato po katastrofie zostaje operacyjnie zmechanizowany, by móc dalej żyć. Jego jedna półkula mózgowa odmawia posłuszeństwa i zdarza mu się atakować zaciekle swoich, jednak zazwyczaj na szczęście wie, co robi i staje lojalnie w obronie dobra ogółu. Trishka Novak zaś elektryzuje urodą oraz siłą i jest, choć sama tego nie wie przez długi czas, jedną z głównych osób w uniwersum, które chcą z nawiązką odpłacić się Victorowi za jego chamstwo i haniebność. Szkoda tylko, że bohaterowie nie błyszczą inteligencją, zupełnie jak przeciwnicy. Szkoda też, że People Can Fly steruje nicponiami jak marionetkami w swoim kolorowym corridor-shooterze.



Za początek knowania w takiej lokacji Grayson Hunt poświęciłby butelkę.


LOKACJA vs. GAMEPLAY


Jaki versus? Ej? Historia ino kłóci się z dobrodziejstwami rozgrywki, ale z pewnością nie robi tego lokacja! Jest świetnie zaprojektowana, pomijając etapy, gdzie prowadzeni jesteśmy za rączkę tak silnie, że aż rączka boli. Drobnostki w okazach typu kaktus, wózek z hot-dogami, wielka i paskudna roślinka są zawsze na miejscu. Zielony gaz jest za każdym razem tam, gdzie potrzeba. Wtedy właśnie wchodzimy w jego opary, ogłuszamy minibossa, zdejmujemy mu nachy i pakujemy setki ołowiu w jego rzyć, aż do momentu, gdy ubrudzi sobie nogi. Gdy pędzimy na złamanie karku, często używamy lejców, by przyciągnąć oponenta bliżej kolców i wbić go na nie solidnym kopniakiem w dyńkę. Kombinacji jest masa, a teren wybitnie został zaprojektowany pod nie same. Tak, by gamer mógł mnożyć swój licznik punktowy na każdym kroku. Po prawdzie jednak, z czasem wydaje się to gonitwą za jeszcze jednym udanym i nowym strzałem, który da większe profity. Sądzę, że przez ostatnie 2 godziny gra okropnie pod tym względem maltretuje, bo pomysłów na urąbanie łba jest jak na lekarstwo... Brwi uniosą się Wam teraz ze zdziwienia, ale trafiłem również na takie sytuacje, gdzie moich super-truper strzałów system Konfederacji (bo dla niego je robimy; wiem - dość absurdalna wymówka) nie wyłapywał, bowiem kolidowały one z inną sekwencją brawurowej eliminacji. Przepraszam, ale coś w takim razie jest nie halo, jeśli raz zdobywam 1200 punktów po dokonaniu 5 zamachów jednocześnie, a zdobyć nie mogę jednej setki, bo zasada zabicia weszła na teren innej zasady zabicia. Wykoncypowana Stygia, nie przebierając w słowach, to najlepsza lokacja w historii polskiego developmentu growego. Nikt u nas w kraju nie ma tak rozległych krajobrazów, takich przepięknych widoków, hamujących nasze cekaemowe tempo. O ile ogród botaniczny z ciamajdowatym bossem przeszedł w mojej pamięci boczkiem, tak już zminimalizowana aglomeracja, w której drogi miejskie są grubo poniżej naszego cyngla, to zacna sprawa. Cudowne graficznie drapacze chmur i osiedla mieszkalne, park rozrywki i podziemia - gdy uzupełnia się to Kukułczym Jajem, Jajecznicą czy Ale Urwał, powstaje gremialny pokaz możliwości Unreal Engine 3, którego koniec końców tak nie znoszę za rzygowatą oprawę Gears of War. (a tak kocham za Borderlands) Żałuję nieco, że przy uśmiercaniu kawalkad najróżniejszego typu kanibalistycznych gangów nie usłyszałem żadnej wpadającej w ucho nuty. Albo za to cutscenki, notabene fenomenalnie zaanimowane, huczały ciszą.



Wspólna żonglerka. Tu o to właśnie chodzi, a nie... !


MULTIPLAYER


Czas na odpalenie sieci. Tryb Echo i Anarchia. Jedno o pomoc woła drugie. Ludzie z syreniego grodu w singleplayerze zgrabnie uchronili się od fali krytyki, ale multiplayer, nawet nie za ich winą, stoi na słabym poziomie. Echo, spoglądając prawdzie w oczy, to powtórka z rozrywki, tyle że na określonych odcinkach. Szarogęszę się na to rozwiązanie, bowiem nic a nic nowego w nim nie ma. Nie mam ochoty, czasu i siły na przechodzenie kolejny raz, psia mać, identycznych tras, jedynie po to, aby świecić swoim nickiem na szczytach rankingów. Gdyby jeszcze było trochę inaczej, niż miało to miejsce w solówce... Anarchia zaś wyniszczona jest przez... przez kogo? Przez graczy, proszę ja Was! Radocha z gry rozlatuje się tu jak domek z kart, a wszystko przez brak współpracy. Jeśli nie masz z kim grać, to zapewne w większości przypadków trafisz na odszczepieńców, którzy uważają, że swoimi solowymi zagrywkami zawojują świat. Ja wziąłem rozbrat z sieciową zawartością już po dwóch dniach, dlatego że sadzenie kuksańców w pojedynkę jest zatrważająco niemądre, a nim playerzy dostosują się do zamysłów producenckich minie kawał czasu. Warszawiacy strzelili sobie samobója.



Na prostej drodze (kolejką) do piekła. Prawie tak nazwali kreatorzy pierwszy rozdział gry.


 BULLETSTORM vs. OCENA


Bulletstorm jest dychotomiczny. Gdy robimy galaretkę, to nie dokładamy do niej kiwi, bo Nam deser nie stężeje. Identycznie jest w przypadku produktu Polaków: błyskotliwe i żartobliwe wulgaryzmy wraz z kabareciarstwem łączą się z pogrzebem, nadmiernym patosem i powagą. W Duty Calls śmiano mocno się z CoDowych zabiegów gameplay'owych, a w samym pełniaku EA serwuje Nam ogrom podobnych. Produkcja też, warto wspomnieć, jest przeciętnie zoptymalizowana i łapie nierychle stopujące się czkawki. Skillshoty to prawie cudo, na tą chwilę dają porządny zastrzyk świeżości w segmencie First Person Shooterów. Periodycznie nużą i frustrują z racji tego, że to gracz musi ustawiać się tak, by grę uczynić fajną. Bleszinski na pewno nie założy pętli na szyję, jeśli wystawię ocenę równą 7 poślizgom z Korbaczem w rękach / 10. Zatęskniłem kapkę za piekielnie szybkimi wiertłami o napędzie rakietowym z Wiertacza, toteż chyba z obowiązku gracza muszę w tej sekundzie się z Wami pożegnać. C'ya.

# podobne pozycje: Painkiller, Gears of War
# platformy: PC, Xbox 360, PS3

Dominik 'glowa711' Głowacki

OSTATNIO DODANE NEWSY

From Dust w przeglądarce
23 maja 2012 r.
Popyt na 3DS-a
Kieszonsolka Nintendo wygrywa bój z Vitą.
23 maja 2012 r.
Dante zalicza poślizg
DmC Devil May Cry dopiero w przyszłym roku.
22 maja 2012 r.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

From Dust w przeglądarce
23 maja 2012 r.
Popyt na 3DS-a
Kieszonsolka Nintendo wygrywa bój z Vitą.
23 maja 2012 r.
Dante zalicza poślizg
DmC Devil May Cry dopiero w przyszłym roku.
22 maja 2012 r.
Hawken na Gaikaiu
Zasiądź za sterami mechów w chmurze!
21 maja 2012 r.
Aplikacja Diablo 3
Dzięki niej dowiesz się o dostępności serwerów gry.
21 maja 2012 r.
www.cyfraplus.pl  |  www.canalplus.pl  |  www.alekinoplus.pl  |  www.planeteplus.pl  | 
www.kuchniaplus.pl  |  www.domoplus.pl | www.teletoonplus.pl | www.miniminiplus.pl  |  www.canalpluscyfrowy.pl