



Im człowiek robi się starszy, tym trudniej mu wykrzesać w sobie tę młodzieńczą ekscytację, która towarzyszy graczom przy okazji premiery ich ukochanej gry. Po zagraniu w kilka tysięcy gier i napisaniu kilku tysięcy recenzji u każdego recenzenta pojawia się blaza na ryju. Nic go już nie zaskakuje, wszystko już widział i jest najmądrzejszy na świecie. Kolejne tytuły to tylko wyciąganie kasy z odbiorców, odcinanie kuponów i naciąganie.
Przez to moje zblazowanie zatraciłem młodzieńczą umiejętność jarania się grami przed ich premierą. Bardzo rzadko zdarza się, abym gryzł paznokcie z niecierpliwości, czekając na premierę ukochanej gry. Sytuacje, gdy podobnie jak Cartman, który nie mógł doczekać się na premierę Wii (polecam ogarnąć na www.soutparkstudios.com), chciałbym się zamrozić, by skrócić oczekiwanie, już mi się prawie nie zdarzają. A jak się zdarzają, to zwykle spotyka mnie srogie rozczarowanie. Po kilku takich wpadkach nawet najbardziej entuzjastycznie nastawiony do gier człowiek wytwarza w sobie mechanizm obronny i z góry zakłada, że gra będzie crapem.
Dlatego za każdym razem gdy przydarza mi się tak Wielka Radość, ta niesamowita ekscytacja, drżenie i motylki, staram się smakować tę chwilę i cieszyć z tego, że się cieszę. Kiedy już trafi mi się gra na którą czekam, tak naprawdę, dogłębnie i całkowicie, jestem zachwycony i pełen wiary w ludzi. A jeśli jeszcze do tego efekty spełniają oczekiwania, jestem po prostu wniebowzięty.
W tym roku Wielką Radość po raz pierwszy poczułem, tradycyjnie, przy okazji premiery kolejnej gry Rockstara, czyli Red Dead Redemption. Akurat z R* recenzenci mają ten problem, że firma bardzo rygorystycznie podchodzi do kwestii wyboru mediów, które mogą zobaczyć ich gry przed premierą. Musiałem więc bazować tylko na filmach i doniesieniach tych nielicznych szczęśliwców, którzy już Johna Marstona poznali. RDR oczekiwania spełniło w niemal 100%. GTA na Dzikim Zachodzie absolutnie mnie zauroczyło i na długie godziny przykuło do ekranu telewizora. Z bananem przyklejonym do twarzy galopowałem przez stepy i lasy, łapałem lassem koniki i wypasałem krówki. Po ulicach Armadillo nie biegałem, tylko spacerowałem, mówiąc 'howdy pardner' każdemu spotkanemu mieszkańcowi. Syciłem się tą grą, a ona syciła mnie.
Szczęśliwy to rok, gdy Wielka Radość przychodzi więcej niż raz. W roku pańskim 2010 drugim tytułem przy którym dostaję spazmów jest Assassin's Creed Brotherhood. Przy przygodach Altaira bawiłem się nieźle, ale grze wiele zabrakło. Część druga rozsmarowała mnie już po podłodze swoją zajebistością. Jak na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Brotherhood poprawia wszelkie nieliczne błędy AC2, więc moja ekscytacja sięga zenitu. Grałem już w multiplayera, udało mi się już pograć w kampanię i jak na razie mamy do czynienia z AC 2.9. Jestem więc oficjalnie w growym niebie i patrzę na zegarek licząc minuty upływające do dnia premiery. Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że po skończeniu najnowszej części przygód Edzia Audytora nie poczuję gorzkiego smaku rozczarowania. Bo nie ma nic gorszego niż dysonans poznawczy.
autor: Tadeusz Zieliński
W branży growej od prawie 15 lat. Zaczynał w 1996 roku w Gamblerze, potem w...
Za dziewięć minut rusza Diablo. Jutro posta nie napiszę, więc wolę zrobić to zaś. Do żadnej gry nie byłem przygotowany jak do tej premiery – kupione żarcie, ustawka z kolegami na skajpaju, plany przyszykowane,...
Od dzieciństwa mam zajawkę na karabiny snajperskie (o których NIE powinno się mówić snajperki – snajperka to kobieta snajper). Koncepcja oddawania zabójczych strzałów na kilometr jara mnie szczególnie od czasu...
Dałem się porwać Diablo-manii zanim wyszła gra. Nie żeby była to jakaś specjalna niespodzianka, bo że w D3 będę ciąć wiedziałem od zawsze. Ale muszę powiedzieć, że odliczam dni do premiery, a dawno nie miałem takiej...