



Tak właśnie będzie, wkrótce to gracze sięgną po władzę w naszym kraju. I nie tylko tu, bo proces będzie pewnie globalny - gracze zawładną światem. Co, myślicie, że to mało prawdopodobne, że nierealne? Ja powiedziałbym raczej, że to nieuniknione. Oczywiście nie sądzę, żeby powstała nad Wisłą jakaś partia czy koalicja zrzeszająca graczy (zadanie dla was - jaką nazwę mogłaby przyjąć taka organizacja, gdyby jednak się uformowała? Jakieś oryginalne pomysły na skrót?). Uda się i bez tego, bo to kwestia - by rzec brutalnie - wymiany generacyjnej. Spójrzmy na statystyki z polskiego podwórka: zdecydowaną większość posłów w naszym parlamencie (prawie 2/3) stanowią ludzie w wieku 40-60 lat. Średnia wieku w polskim rządzie wynosi 46,6 lat. Generalnie można przyjąć, że u władzy w Polsce (i w Europie) są raczej ludzie po czterdziestce (jasne, że są wyjątki). I chociaż osobiście znam sporo (naprawdę sporo) osób po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce, które grają w gry i dobrze czują to medium, to jednak nie jest to przecież regułą. Według raportu prezentowanego na konferencji GIT 2011 - połowa polskich internautów po pięćdziesiątce (a więc zauważcie, że połowa ludzi będących już w sieci, a nie połowa ludzi po pięćdziesiątce w ogóle) "zetknęła się z grami elektronicznymi". Czy "zetknąć się z grą" to to samo, co "być graczem"? Czy przypadkiem opieprzenie dziecka za to, że marnuje czas przed konsolą zamiast się pouczyć też nie jest "zetknięciem się z grą elektroniczną"...? ;)
Jasne, przejaskrawiam - robię to celowo. Chcę po prostu powiedzieć, że wbrew trendom (które - to prawda - jednoznacznie pokazują rosnącą popularność gier) optymistyczne i entuzjastyczne twierdzenia w stylu "wszyscy są dziś graczami" są moim zdaniem trochę przesadzone. Owszem, świat idzie w tym kierunku, ale nie aż tak szybko. Gry pozostają domeną ludzi młodych, którzy mieli szansę się na nich częściowo wychować. Dotyczy to także Zachodu, gdzie świadomość mediów elektronicznych jest bez porównania większa i ma bez porównania dłuższą tradycję. Spójrzmy chociażby na prezydenta USA, Baracka Obamę, który kojarzy się chyba powszechnie z nowoczesnością (pytanie: dlaczego się tak kojarzy? być może głównie w kontrze do poprzednika? dlatego, że jego kampania prezydencka była "internetowa" jak żadna poprzednia?). Ten sam Obama przyznał dwa lata temu, że nie nie umie obsługiwać iPodów, iPadów, Xboksów czy Playstation. Nie był to zresztą jedyny raz, gdy pokazał, że gry to zdecydowanie nie jego działka.
Żeby nie było wątpliwości - nie formułuję w ten sposób wobec Obamy żadnego zarzutu. Pewnie po prostu w młodości nie miał okazji się wkręcić w jakiegoś wirtualnego bejsbola czy golfa. To nie zarzut, tylko raczej objaw. Symptom. Tego, że u władzy są w zdecydowanej mierze ludzie, dla których - w większości - gry wideo i światy wirtualne to coś obcego (choć wiemy o paru polskich politykach, którzy przyznają się do grania). Czy to źle? W pierwszym odruchu mam ochotę powiedzieć - tak, bo przecież rzeczywistość, w której dziś żyjemy, jest w ogromnej mierze wirtualna, świat cyfrowy przenika się z namacalnym bardziej niż kiedykolwiek. Ale po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że klasa polityczna jest do pewnego stopnia odzwierciedleniem społeczeństwa - politycy nie grają, bo i znaczna część ich wyborców rzadko ma z grami jakiś głębszy kontakt. Gdy w klasie politycznej dojdzie do wymiany generacyjnej, gdy do władzy liczniej dojdą dzisiejsi dwudziestolatkowie (czyli za dwadziedzieścia lat? może nieco szybciej? tak czy inaczej - to nieuchronny proces), sytuacja zmieni się diametralnie, bo dla dzisiejszych dwudziestolatków świat cyfrowy jest środowiskiem naturalnym. Na to też mam zabawny przykład. Ostatnio na zajęciach, które prowadzę ze studentami UW, pracowaliśmy na fragmentach gier - na MUD-ach, na erpegach. Symptomatyczne było to, że gdy pokazałem fragment rozgrywki z Baldur's Gate II, parę osób (precyzyjniej: parę studentek) od razu rozpoznało tę grę, ktoś inny przytoczył przykład Wiedźmina, zaraz usłyszałem też o Guild Wars... Nie zamierzam popadać w przesadę i twierdzić, że wszyscy dzisiejsi studenci czują się w grach jak ryba w wodzie. Tak po prostu nie jest. Ale z drugiej strony wełdug wspomnianego już raportu GIT 2011 - w jakąkolwiek grę przynajmniej raz zagrało 93% studentów. Znów, mówimy o przynajmniej jednorazowym kontakcie z grą - jak dla mnie to małomówiące dane (bo znowu - ktoś mógł raz zagrać, by stwierdzić, że w życiu więcej po takie idiotyzmy nie sięgnie...). Ale to jednak spora liczba.
Nie wiem, ilu faktycznie graczy jest wśród dzisiejszej młodzieży. Sądzę, że dużo więcej, niż sądzę ;) Nie wiem też, czy polityk będący graczem byłby lepszym politykiem niż ten niegrający - pewnie niekoniecznie*. Przekonamy się o tym za jakieś dwie dekady. Sądzę jednak, że politycy-gracze nie stworzyliby takiego projektu ustawy jak SOPA (przeciw której notabene właśnie dziś protestuje internet). A może się mylę? Tak czy inaczej, drodzy gracze młodego pokolenia, wkrótce to wy będziecie decydować o kształcie naszego prawa. A niewypowiedziane jeszcze hasło "Władza w ręce graczy" stanie się faktem.
*Trochę przekornie i ponuro dodam, że Kim Dzong Un (syn północnokoreańskiego dyktatora i jego prawdopodobny następca) podobno lubuje się w grach. Just sayin'...
PS: Do polityki - choć już zupełnie z innej strony - przymierzymy się także w najbliższym odcinku Jointa. Premiera za tydzień! :]
autor: Piotr Kubiński
Gra od zajarania dziejów - czyli od kiedy pamięta. Choć pisać o grach zaczął...
Halo? Haaaalo?! Jest tam w ogóle ktoś? Czy wszyscy zaginęli gdzieś w piekielnych odmętach albo na brazylijskich favelach? Przyznacie sami, że nadszedł wyjątkowo intensywny czas, jeśli chodzi o growy światek. Niemal...
Chińskiemu mędrcowi Zhuangzi przyśniło się kiedyś, że był motylem. Sen był tak wiarygodny i przekonujący, że po przebudzeniu Zhuangzi pomyślał: Czy to na pewno mnie przyśniło się, że jestem motylem? Skąd mam wiedzieć, że...
Jak myślicie, co można robić w samym środku długiego weekendu? Oczywiście oprócz tego, że siedzieć nad laptopem i pisać tekst na Hyperowy blog ;) Wiadomo, można robić od groma różnych rzeczy - wybrać się choćby na łono...